Rozwesoło w Rogalinku

 Jak pisałem, raz w roku wracamy do naszych korzeni, do harcerstwa, które w dzieciństwie  zaspokajało moją potrzebę bycia w gromadzie rówieśników i dowodzenia nimi, dawało możliwość artystycznych popisów – śpiewania, grania i występowania na ogniskach, w skeczach i monologach. Tworząc szczep harcerski „Otwarci”, z którego wyłoniła się drużyna artystyczna „Łejery” w dalszym ciągu korzystałem z harcerskiej metody, a w szczególności  z form wychowania przez sztukę i przyrodę. Gdy założyliśmy szkołę  do jej programu włączyliśmy różne formy wychowania przez sztukę, w tym doświadczenia harcerskiego „Teatru Gromadnego”,  symbolikę np. hymn szkoły „Nasz konik” i graficzny znak „Konika” druha Zbigniewa Pilarczyka. O harcerskich korzeniach  swiadczy też forma zwracania się do dorosłych: „druhno” – „druhu”.

Pobudka

Dzień rozpoczynał tradycyjnie sygnał harcerskiej fanfary. W tym roku był to dźwięk teatralnego gongu.

Gimnastyka artystyczna

… prowadzona przez druhnę Natalię Trafankowską ps. „Prostownica” (od prostowania kręgosłupów) spowodowała, że mali i duzi z ochotą się prostowali, kręcili głowami, przysiadali i machali kończynami górnymi i dolnymi, by z radością biec do dalszych zadań.   

Apele pod dębem, z biało-czerwoną i niebiesko-żółtą flagą

Z pełną powagą, na baczność,  śpiewaliśmy „Hymn ZHP” i ukraińską „Czerwoną rutę”. Potem zastępowi w kolorowych czapeczkach i sznurach funkcyjnych na szyi, składali raport przybocznym, a przyboczni drużynowemu. Był na koniec apelu ważny moment, gdy dzieci dziękowały dzieciom, dorosłym i wzajemnie za dobre uczynki.    

Nasza obozowa rodzinka składała się z 23 dzieci i 5 dorosłych. Musieliśmy przejąć na 24h obowiązki rodziców.

Sięgnęliśmy do łejerskiego skarbca z piosenkami:

U Łejerów jak w rodzinie – tata, mama, dużo dzieci.
Życie fajnie tutaj płynie, dzień za dniem jak domu leci.
Jeśli nawet kłótnie ktoś tam kiedyś wznieci,
W końcu znowu będzie zgoda – wszak słońce zaświeci…                                      

Słowa: Jarosław Lisiecki, muzyka: Henryk Żuchowski

A kłótni w tak licznej rodzinie nie uniknęliśmy. Wyjechaliśmy na obóz tuż po zakończeniu roku szkolnego, przywożąc ze sobą nierozwiązane konflikty. 

W końcu była zgoda i zaświeciło nam słońce.

Trzeba było to towarzystwo zorganizować. Sięgnęliśmy do wypróbowanego łejerskiego  kontraktu. Dzieci napisały swoje propozycje, a druhna Ela zredagowała zasady. Po zbiorowym zatwierdzeniu dokumentu, każdy mały i duży złożył na nim własnoręczny podpis. Gdy ktoś złamał zasadę, przypominaliśmy o podpisie.

Według opinii większości obozowiczów harcerska kuchnia była smaczna. Zabrakło tylko tradycyjnej grochówki. Od lat szukamy sposobu by w spokoju konsumować śniadanka, obiadki i kolacyjki. Dziecięcy hałas wielokrotnie przekracza normy  decybeli, nie pomagały prośby i groźby, cisza panowała maksymalnie 30 sekund i…. wracaliśmy do „ula”. 
Dzieci pewnie tak mają. Będziemy próbowali za rok.

Gdy z Elą zakładaliśmy naszą szkółkę 33 lata temu, o komórce nikt nie wiedział. Wtedy ludzie namiętnie oglądali telewizję. Anegdota głosiła, że po wstaniu z łóżka najpierw chwytano za pilota, a potem dopiero dokonywano innych czynności porannych. Czesi mówili, że to „bamboszowa kultura”.

Żeby wyciągnąć dzieci sprzed telewizorów wymyśliliśmy akcję pt: „Wyłącz telewizor, włącz się sam„. Poprosiliśmy Wandę Chotowską o piosenkę familijną pod takim tytułem. Wanda Poezja Chotomska szybko przesłała nam tekst, a Mariusz Maestro Matuszewski napisał muzykę. Zaś ja z Elą napisaliśmy scenariusz i wyreżyserowaliśmy teledysk pt. „Wyłącz telewizor”, który TVP zrealizowała m.in. w domu Państwa Kecków – Łejerskich na ulicy Gromadzkiej. I tak od 1993 roku, na każdym obozie łejerskim, zawieszamy na telewizorze kartkę:

wyłącz telewizor, włącz się sam

Najpierw są bunty, ale o dziwo argument, że lepiej posłuchać ćwierkania ptaków i żywej muzyki trafia do małolatów. Telewizja Polska (Redakcja Dziecięca – taka była kiedyś) zaproponowała mi realizację 4 odcinków na cztery pory roku, pod takim właśnie tytułem „Wyłącz telewizor”.

Tak więc okazało się, że bez telewizora można żyć. A bez komórki da się?  

Od wielu lat na łejerskich obozach okazywało się, że bez komórki życie jest możliwe, a nawet bardziej interesujące.

I znów powołujemy się na Wandę Poezję śpiewając: „Wyłącz komórkę, włącz te szare!

To tajemnicze słowo pojawia się na łejerskich obozach co roku. Tajemnicze, bo zapomnieliśmy przekazać dzieciom, co ten skrót oznacza. Wywołuje ono ambiwalencję uczuć, budzi lekki strach i emocję artystyczną. Trzeba bowiem, po pierwsze: zrobić porządki w sypialni, a po drugie:  przygotować etiudkę teatralną na temat porządków właśnie. Dodatkową emocję budzi fakt, że nie wiadomo o której godzinie ten „Sanepid” się pojawi!? (komisja porządkowa złożona z wychowawców i zastępowych). Z porządkami bywało różnie, zaś kreatywność przygotowanych etiudek była zadziwiająca. To był pokaz samodzielnych pomysłów dzieci w zespole, rodzący się bólach i kłótniach, z których w krótkim czasie powstawał wspólny występ.
O to właśnie chodzi w łejerskiej metodzie wychowania przez teatr, aby dzieci w grupie rówieśniczej potrafiły się dogadać bez udziału dorosłych. 

Gdy któregoś lata powiedzieliśmy dzieciom, że dziś pojawi się prawdziwy SANEPID (Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna) dzieci zawołały: To nasz nie jest prawdziwy?!

Trudno sobie wyobrazić obóz bez wędrówek do pobliskiego sklepu. Niestety najbliższy w Rogalinku był oddalony o 3 kilometry w jedną stronę. Musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i powtórzyliśmy pomysł z obozu Łejerów w 1976 roku. Wtedy pojawiły się pierwsze w Polsce sklepy samoobsługowe tzw. SAMY (bez monitoringu). I tak narodził się pomysł aby wydrukować obozową walutę.

Nazwaliśmy ją  Zaufacze i Uczciwki i zabawiliśmy się, z pełną powagą, w bank, kasę wymiany walut czyli „kantor” i obozowy SAM. 

Pomysł sprzed lat sprawdził się w Rogalinku znakomicie. Walutę zaprojektowała druhna Dorota Sroka-Jarmulska, a zrealizowała mama łejerska Bogna Jędrzejewska. 

Ani razu nie zdarzyło się by było manko. Często była superata. Brawo Łejery!

Gdyby alfabetycznie opisać historię Łejerów to na literę SZ byłyby szczudła- to zaczarowane dwa kije z podpórką, które od dziesięcioleci się nie starzeją.

Wędrowaliśmy z nimi na wszystkie obozy, również te zagraniczne. W 1980 roku byliśmy na Węgrzech, oczywiście z tymi kijami. W Budapeszcie, nad Dunajem zatańczyliśmy czardasza, ku zadziwieniu Węgrów, którzy orzekli, że jeszcze nikt w dziejach Węgier nie zatańczył czardasza na szczudłach.

Lato 1983 roku spędziliśmy na obozie w słynnym Arteku na Krymie. Byliśmy wśród 70 państw świata. Reprezentowaliśmy polskie harcerstwo. Oczywiście, szczudła były z nami, ale niestety nie było nam dane na nich chodzić, bo dzieci z wielu krajów świata, (pamiętam Włochów, Wietnamczyków, Greków, Brazylijczyków….) zachwyciły się naszymi kijami. Otworzyliśmy „Polską Wypożyczalnię Szczudeł” na 24 godziny dla państwa i staliśmy się instruktorami chodzenia na nich według zasady: „Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. 

Tak więc, zgodnie z tradycją, szczudła musiały  przyjechać do Rogalinka. Każdego dnia, w chwilach wolnych od zajęć, Łejerczyki chwytały za te dwa kije i zaczynały trudną naukę chodzenia na nich. Na początku wywrotek było co niemiara, ale już drugiego dnia przybiegały do mnie zasapane dzieci, by z radością obwieścić: druhu zrobiłem dwa kroki! a ja zrobiłam cztery! Zrobiłam już 732! Postępy były imponujące. Pod koniec obozu odbył się wielki finał Szczudlarzy. 

Jednego dnia żar lał się z nieba, a tu ani basenu, ani jeziora.  Obok nas płynie Warta, ale w niej kąpać się nie warto! Nagle usłyszeliśmy dźwięki „koguta” i zza krzaków wybiegł druh Jurek Strażak z sikawką (strażacy też do siebie mówią druhu). I zaczął się bal pod strumieniami wody dla ochłody, tarzania się w piachu, by znów powrócić pod strażacki wąż. Piskom, krzykom, radościom nie było końca. Prysznic przywrócił  Łejerskim energię!

Tego roku też nawiedziła nas inwazja much i była chyba największym minusem naszego obozu. Ich ciągłe bzykanie i chaotyczne latanie było bardzo irytujące. Nie pomagały żadne psikadła, smarowidła, muchozole, ani inne zole. Te natrętne muszydła atakowały nas z szybkością Messerschmittów. Jak tu spać? Jak tu żyć? Musimy znaleźć na przyszłość jeszcze jakieś sposoby by się od nich opędzić…

ŁeJerzy Hamerski

Dodaj komentarz