Byłam jak wesołe miasteczko

O potrzebie użyteczności mówi Elżbieta Drygas.
Pedagog, współzałożycielka, razem z Jerzym Hamerskim, Szkoły Podstawowej „Łejery”, dama Orderu Uśmiechu. Naprawia świat, ćwiczy jogę, biega, pływa i podróżuje.

Wojciech Biedak: Elu, dlaczego Ty, poznanianka, mieszkasz na wsi? Dlaczego w swoich wypowiedziach często podkreślasz, że „szczerze nie znosisz miasta”?

Elżbieta Drygas: Od dzieciństwa pamiętam, że najszczęśliwsze okresy mojego życia to były wyjazdy na wieś i do lasu. Każdy powrót do miasta to było dla mnie ciężkie przeżycie. W okolicach Rejowca jestem od lat. Najpierw miałam działkę, a teraz ten współdzielony z Jurkiem Hamerskim domek. Nie mam tutaj rozbudowanych relacji towarzyskich, ale z nikim nie jestem w zwadzie i zawsze chętnie pomogę. Istotą rzeczy jest jednak przyroda. Mogę godzinami chodzić po lesie i czuję się wtedy szczęśliwa. To o to chodzi.

WB: A jakie jest życie w pandemii tutaj na wsi, blisko lasów?

ED: Jakoś nie czuję, że tutaj jest pandemia. Dopóki gdzieś nie wyjadę. Jedyny moment, kiedy zakładam maseczkę, jest wtedy, kiedy idę do naszego sklepiku, a i tak w południe tam nikogo nie ma poza mną i panią sprzedawczynią. Tutaj jest naturalna izolacja. Wychodzę parę kroków i już jestem w lesie. Jak przychodzi czas grzybowy, to pięć minut stąd idę po parę maślaków.

WB: Kiedy się spotkaliśmy parę miesięcy temu, powiedziałaś, że dopada Cię poczucie bezużyteczności. Co to znaczy?

ED: Na emeryturę przeszłam dwadzieścia lat temu. Najwcześniej, jak mogłam, bo chciałam się uwolnić od etatu. Ale zawsze byłam przy Szkole „Łejery” i dla Szkoły „Łejery”. Chociaż co pięć lat coś zmieniałam w swoim życiu. Bo nie lubię rutyny. Pandemia przyszła wiosną zeszłego roku, kiedy byłam zaangażowana we współpracę z Tanzanią, także poprzez „Łejery”. Zawsze, kiedy jeżdżę do Afryki lub zajmuję się intensywnie współpracą z Afryką, biorę urlop od naszej Szkoły. Tak było też w poprzednim roku. Miała do nas przyjechać nauczycielka z Tanzanii, Fortunata, żeby się uczyć naszych metod. Tydzień przed jej przyjazdem wszystko u nas zamknięto, a u niej zawieszono loty. I zaczęła się pustka. Bo plan był taki, że ja miałam potem lecieć do Tanzanii. Zawieszenie, które się wtedy zaczęło, trwa do dzisiaj. We wrześniu wróciłam do szkoły, do nauczania online. A potem złamałam rękę i siedziałam tutaj bezproduktywnie.

WB: Od stycznia publikujesz w internecie opis swojej bardzo nietypowej wyprawy na Madagaskar, pod tytułem: „65+ Przygoda na Madagaskarze”. Dlaczego w tytule jest „65+”?

ED: Od kiedy skończyłam 40 lat – a dokładnie wtedy założyliśmy z Jurkiem Hamerskim Szkołę „Łejery” – jak już mówiłam, co kilka lat następowała jakaś zmiana w moim życiu. Kiedy skończyłam 65 lat, ponownie poczułam, że potrzebuję zmiany. O tym Madagaskarze przeczytałam wcześniej w „Wysokich obcasach”, że poznanianki założyły fundację „Dzieci Madagaskaru”. Mówiły także, że mogą przyjeżdżać wolontariusze, i opowiadały o adopcji na odległość. Coś mi zaiskrzyło! Ale wtedy czas nie był odpowiedni – między innymi pomagałam mojej mamie, której nie mogłam zostawić. Kiedy skończyłam 65 lat, wiele spraw się rozwiązało i postanowiłam zrobić sobie urodzinowy prezent.

WB: Czyli pojechałaś tam jako wolontariuszka, opłacając wyjazd z własnych oszczędności?

ED: Pojechałam tam, żeby uczyć dzieci języka angielskiego.

WB: Łejerskimi metodami? Poprzez ruch, zabawy i teatr?

ED: Tak. To w sumie była przygoda życia.

WB: Byłaś najstarszą wolontariuszką, co podkreślasz w swojej opowieści.

ED: Ja miałam 65 lat, a tam najstarsza z dziewczyn miała około trzydziestki. Najczęściej przyjeżdżają tam takie „dzieciaki”, żeby zrobić sobie „gap year” – przerwę po maturze lub po studiach. Ja tam byłam trzy miesiące i było to pięć lat temu. Byłam najstarsza, ale nie czułam się z tego powodu gorzej.

My – wolontariuszki na Madagaskarze

WB: Czego Cię Madagaskar nauczył?

ED: Ten wolontariat dał mi odwagę. Odwagę do wyruszenia gdziekolwiek. To był test samodzielności. Jechałam sama, nie znałam ani ludzi, ani miejsca. To był także mój pierwszy w życiu samodzielny lot samolotem. Nie wiedziałam, czy się nie pogubię na lotniskach, czy dojadę… To była wielostronna nauka „fruwania” w wieku 65 lat (śmiech).

WB: Pojechałaś do szkoły i do sierocińca, które założyły zakonnice?

ED: Takie było przeznaczenie tego wolontariatu. Moja rola miała polegać na wspieraniu nauczycieli. Tam metody nauczania są bardzo tradycyjne: siedzenie w ławkach, wkuwanie na pamięć, przepisywanie. W klasie siedzi pięćdziesięcioro dzieci. Wszyscy stłoczeni w ławkach. Żeby zapanować nad tym żywiołem, trzeba wprowadzać dużą dyscyplinę. Ja chciałam spróbować, jak działają metody łejerskie. Od naszych anglistek pobrałam podręczniki i płyty z piosenkami i zaczęłam kombinować. Okazało się, że można wstać z tej ławki, że można naśladować różne emocje, można sposobami teatralnymi ożywić lekcje. Ja tam wchodziłam i byłam jak wesołe miasteczko, które nagle przyjechało. Za każdym razem byłam witana przez dzieci z entuzjazmem, bo coś innego się działo. Chociaż znałam ograniczenia mojego angielskiego, którego zaczęłam się uczyć, kiedy miałam 50 lat.

Można wstać z ławek!

WB: Inne wnioski z wolontariatu na Madagaskarze?

ED: Wróciłam ze świadomością, jak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęśliwego życia. Bo oni tam żyją za dwa dolary dziennie. O ile! Obrastamy tutaj w taką ilość sprzętów… Malgasze, czyli mieszkańcy Madagaskaru, traktują wszystkich białych ludzi jak bogaczy. Kiedy patrzyłam na różnicę w naszym życiu, to pomyślałam, że rzeczywiście jestem bogaczem.

WB: Przywiozłaś stamtąd ideę adopcji edukacyjnej. Czyli?

ED: To opłacenie konkretnemu dziecku szkolnej nauki. Obejmuje mundurek – bo wszystkie dzieci w Afryce muszą mieć mundurki, wszelkie przybory szkolne i jeden posiłek w środku dnia. To miska ryżu z warzywami. Dla wielu to jedyny porządny posiłek. I każda klasa łejerska adoptuje jedno dziecko. Koszt to kilkaset złotych rocznie. Zasada jest taka, że na to „swoje” dziecko trzeba zarobić. Są kiermasze szkolne, aukcje itp. Myślę, że dzięki temu naszym dzieciom nie grozi rasizm. Bo jeśli przez kilka lat ma się „swoje” konkretne dziecko, to nie da się już wrzucić, że „wszyscy czarni są jacyś…”.

Łejery na Madagaskarze – nasze dzieci z edukacyjnej adopcji

WB: Opowiedz teraz o innej szkole, z drzewami mango pośrodku, która powstaje także w Afryce.

ED: To szkoła w Tanzanii, którą budujemy. Ale nie byłoby Tanzanii, gdyby nie było Madagaskaru. Skoro się tam odważyłam, to mogę działać dalej. Jedna z mam łejerskich, której córka pisała doktorat o obozie uchodźców z Burundi w Tanzanii, zainteresowała nas tą sprawą. Z Burundi, najbiedniejszego kraju świata, z napięciami etnicznymi, ludzie uciekali do Tanzanii. Powstało miasto uchodźców. Nasza mama, szefowa Fundacji „U Łejerów”, zamarzyła o zbudowaniu tam takiej szkoły jak nasze „Łejery”. I wysłała mnie, jako forpocztę, razem z koleżanką, plastyczką, żeby nam było raźniej, bo w promieniu stu kilometrów nie ma innych białych. Pojechał tam także Iwo Borkowicz, nasz absolwent, architekt. Centrum naszego działania jest lokalna parafia. W pobliżu jest szkoła państwowa, ale na przykład w pierwszej klasie jest tam trzysta dzieci! W jednej sali! Nauka jest fikcją.

Nowa szkoła w Ulyankulu w Tanzanii


W Afryce nie jest łatwo budować. Fundacja „U Łejerów”, z Anetą Sadowską na czele, robi, co może. W tej chwili, po trzech latach, zbudowana jest połowa okręgu wokół wielkich drzew mango i fundamenty pod resztę. Są już pierwsze klasy, zbiornik na paliwo i uwaga – jest zbudowany teatr! Testowaliśmy tam nasz program, nasze metody pracy z dziećmi. To działa! Tam jest teraz jedna wykwalifikowana nauczycielka nauczania początkowego. Jesteśmy w kontakcie. Nazywa mnie białą mamą. Właśnie ona miała przyjechać, kiedy wybuchła pandemia. Ale nie odpuszczamy, mimo że pandemia nas zatrzymała.

Ja z Fortunatą i dziećmi na placu budowy pod drzewami mango

WB: Elu, a co dla Ciebie – po tylu doświadczeniach – jest ważne w życiu? Może najważniejsze?

ED: Chyba to poczucie użyteczności. Jak jem chleb, to ze świadomością, że ktoś go upiekł. Nie mogłabym pracować tylko i wyłącznie dla pieniędzy, nie mając poczucia, że moja praca ma jakiś sens. Żeby się dobrze czuć, muszę mieć swoją cegiełkę w budowie tego świata.

WB: Dziękuję za rozmowę i za naprawianie świata.

Wywiad ukazał się w majowym numerze miesięcznika Senioralny Poznań, cały numer do przeczytania TUTAJ.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: