TRUDNE POCZĄTKI

W weekendy nie pracujemy. Monika, jedna z polskich wolontariuszek, wybiera się ze znajomym Malgaszem na wyprawę i proponuje nam z Irminą, że jak chcemy, to możemy dołączyć. Chcemy! Znajomy Moniki, bardzo sympatyczny, bardzo czarny i szczupły, przypomina mi kenijskich długodystansowców. Potem okazuje się, że słusznie. Idziemy szosą, prawie stale pod górkę, w pełnym słońcu, temperatura około 35 stopni. 

Pierwsza godzina – zachwyt, cudowne widoki pól ryżowych, lasów piniowych. Kontrasty – piękne budynki za wysokimi murami, pole golfowe otoczone parkiem z piniowymi drzewami, a potem rozlatujące się budy, pranie w błotnistej rzeczce, suszące się na ziemi ciuchy, które wyglądają jak wysypisko śmieci. Kiedy przechodzimy obok grupek młodych chłopaków, rozlegają się gwizdy i okrzyki wazaha! ( czytaj wazaa). Egzotyka w czystej postaci. Co chwilę zatrzymuję się, żeby uwiecznić coś na zdjęciu. Monika i długodystansowiec prą do przodu jak maszyny, my z Irminą zostajemy jakieś sto metrów za nimi.

Druga godzina – już nie robię zdjęć, skupiam się tylko na tym, żeby nie zwiększać dystansu między czołówką. Irmina zostaje w tyle za mną.

Trzecia godzina – mam w nosie widoki i egzotykę! Mam dość! Czekam na Irminę i pytam, czy zmierzamy do jakiegoś konkretnego celu. Irmina stwierdza, że jak zna Monikę, to ona idzie po prostu przed siebie. Spoglądam na zegarek. Jeśli natychmiast nie zawrócimy, dorwą nas ciemności, które zapadają tutaj po szóstej w ciągu kilku minut. Mobilizuję się, doganiam peleton i pytam Monikę o cel naszej wyprawy. Widzę, że też ocieka potem. Jej przewodnik, nawiasem mówiąc nie wykazujący jakichkolwiek oznak zmęczenia, ma nas doprowadzić do pobliskiego (?) miasteczka. Ustalamy, że dotrzemy tam i postaramy się wrócić tutejszym busem. Czuję, że muszę wypić jakąś wodę, bo umrę z odwodnienia. Zatrzymujemy się przy przydrożnej budce, kupuję wodę. Doczołguje się do nas Irmina i jako biegła w francuskim, dopytuje sprzedawcę o odległość do „pobliskiego” miasteczka. Mamy tam, według niego, dotrzeć po dwudziestu minutach. Mija czterdzieści a miasteczka jak nie widać, tak nie widać. Mam dość, ale przecież nie mogę się skompromitować, więc prę do przodu z zaciśniętymi zębami, zaraz za peletonem. Irmina zostaje daleko w tyle.

I wtedy cud! Mija nas piękny samochód i zatrzymuje się na poboczu. To właściciele domu, w którym mieszkają dziewczyny i najbardziej europejskiej restauracji w miasteczku. Z miłym uśmiechem proponują, że nas zabiorą do domu. Boże jaki to jest cudny samochód, czysty, pachnący, wprawdzie z naturalną klimatyzacją, ale i tak najpiękniejszy na świecie! Podjeżdżamy do naszego miasteczka. Po powrocie wypijam najpierw litr wody, siłą woli zmuszam się do prysznica i odlatuję.

sklep mięsny

Po weekendzie spędzonym jeszcze dosyć ulgowo, niecierpliwie, ale i z pewnym niepokojem czekam na rozpoczęcie swoich obowiązków. W poniedziałek rano pobudka o szóstej i o siódmej wyruszam z Irminą i Moniką do sierocińca Akany Avoko. Na początku chcę się tylko przyjrzeć i zastanowić, co mogłabym tym dzieciakom zaproponować. Wchodzimy do sali maluchów i nie ma się czemu przyglądać. Jedna mała podbiega do mnie z wyciągniętymi rączkami, drugi maluch wdrapuje mi się na kolana, trzeci na plecy. Tulić, tulić, natychmiast!!! Irmina wyjmuje kartki i kredki, więc dwójka na chwilę odpuszcza, ale po chwili wracają i żądają rysowania. Nie muszę rozumieć co mówią, mowa ciała jest ewidentna. Rysuję ludzika, kotka … włażą mi na kolana i dają buziaki.

Monika karmi jakieś zupełne maleństwo. Jakaś dziewczynka wchodzi z płaczącym maluchem. Po pół godzinie dzieci idą do przedszkola, dziewczynka do szkoły, a z nami zostają tylko dwa maleństwa. Okazuje się, że większość dzieci z tej grupy dorosła w czasie wakacji do przedszkola, do którego wychodziły o ósmej, więc od jutra powinnyśmy przychodzić wcześniej. Irmina, która w nocy odbierała następną wolontariuszkę, wraca spać. Monika karmi nadal maleństwo, a kilkumiesięczna malucha żałośnie kwili. Dziewczynka, która poszła do szkoły, to jej mama, również wychowanka tego sierocińca. Dałabym jej dziesięć lat, ma trzynaście.

Trzynastoletnia mama ze swoim maleństwem

Biorę na ręce maluszkę, której wyraźnie dokuczają wyrzynające się ząbki, tulę, noszę i nucę jej kołysankę. Jurek zabronił mi wprawdzie śpiewać dzieciom (śpiewam alternatywnie), ale mała zasypia mi w ramionach i dopóki nucę, śpi spokojnie. Myślę, że nie wyrządziłam jej nieodwracalnej krzywdy.

Zrozumiałam, że nie ma sensu przygotowywać się do zajęć z tymi dzieciakami. One po prostu potrzebują, żeby je przytulać, całować i być chociaż przez chwilę tylko dla nich. I tak mają szczęście, bo są czyste, zadbane, najedzone, w przeciwieństwie do wielu dzieciaków, które widzę potem na ulicy. 

Od rana nie ma prądu. Często się to tu zdarza. Zupełnie mnie to nie stresuje. Zauważam, że trudne doświadczenia z czasów słusznie minionych, dodają mi sił. Kolejki, okresowe wyłączenia prądu, zatłoczone do ostatniego centymetra busy – wszystko to przerabiałam w Polsce i teraz przyjmuję ze stoickim spokojem. 

Docierają do nas dwie nowe wolontariuszki – Niemki: dziewiętnastoletnia Rieke i dwudziestotrzyletnia Marie. Dla obydwu jest to typowy gap year – rok przerwy, dla jednej po maturze, dla drugiej po studiach. Po południu pomagamy Kasi w posortowaniu i popakowaniu przyborów. Wracam do siebie brudna i zmęczona, a tutaj czeka mnie niespodzianka w postaci braku wody. Na to nie byłam przygotowana. Na szczęście wodę do picia mam w butelce i wystarcza mi jej do umycia zębów i wypłukania pomidorów. Prysznic muszę zastąpić chusteczkami nawilżającymi. Padam po ósmej. Budzę się o piątej. Jest woda! Szybko biorę prysznic i napełniam wodą butelki, garnek i wiadro. Przezorny – przygotowany. I słusznie, bo jak wychodzę przed siódmą, wody już nie ma. Rano sierociniec – tulenie, noszenie i cukierki od dzieciaków łejerskich, które spotykają się z dużym uznaniem.

Od pierwszej zaczynamy wydawać wyprawki szkolne dzieciakom z adopcji. Jest ich w tej szkole 220 . Zostaję przydzielona do sekcji okładki na zaszyty. Przypominają mi się lata szkolne, kiedy każdy zeszyt był oprawiony w taką plastikową obwolutę, którą potem można było zdjąć i użyć do następnego zeszytu. Ale u nas kolory nie miały znaczenia, a tutaj istnieje skomplikowany system przydziału tych okładek dla każdej klasy inny. Nie pytam o sens, ale po prostu robię swoje. Leżą przede mną na stole te plastiki w czternastu kolorach, na tablicy mam przypiętą przez Kasię ściągę ze szczegółowym przydziałem dla każdej klasy np. eleven – 1 white, 2 red, 1 yellow, 1 green itp. I tak dla każdej klasy co najmniej dziesięć pozycji. Irmina kompletująca zeszyty rzuca mi hasło eleven i ja przygotowuję stosik według rozpiski, jak w fabryce. Mija tak godzina za godziną, a kolejka dzieciaków nie maleje. Każde podaje imię, nazwisko i klasę, jest odhaczane na liście, dostaje określoną ilość przyborów (w tym kilkanaście okładek), zostaje sfotografowane i – następny proszę. Kasia proponuje, że mnie zmieni, ale upieram się, że dam radę. Zresztą ona robi tyle rzeczy na raz, rozmawiając jednocześnie w trzech językach, a ja jestem tu tylko niewykwalifikowanym pracownikiem. Wreszcie koło piątej Kasia wygląda na zewnątrz i już jest w stanie policzyć, ile zostało osób do obsłużenia. 17:20 – koniec! Niemki mówią, że nie czują nóg. No, to i moje zmęczenie jest uzasadnione i nie wynikało z PESEL-u. Ale to jednak nie jest koniec. Przychodzi jeszcze kilkoro dzieciaków po ciuchy z paczek. Wyglądają tak, że natychmiast deklaruję pomoc. Wybieramy im z koszy jakieś koszulki, buty. Wszystko to przypomina mi stan wojenny, kiedy też sortowałam i rozdzielałam dary z Francji i z Niemiec.

Nastolatce wybieram porządne nowe tenisówki, ale kiedy przewracam w koszu w poszukiwaniu jakiś kapci dla jej brata, widzę błysk w jej oku na widok kiczowatych srebrnych sandałków. Nie znam zasad, więc jej je daję. Natychmiast zakłada. Kasia zauważyła to i zwróca mi uwagę, że każdemu dajemy jedną parę butów, jedną koszulkę i jedną parę spodni lub spódniczkę. Każe dziewczynce wybierać. Ta bez wahania oddaje tenisówki. Gdybym była w jej wieku, też bym tak zrobiła. Kiedy kończymy, jest już ciemno, ale ja na szczęście mieszkam przy szkole. Nie muszę nawet wychodzić na ulicę. Wracam do domu. Jest woda! Prysznic i próba obejrzenia jakiegoś filmu na laptopie. Po pół godzinie poddaję się i zasypiam. Nie ma jeszcze dziewiątej.

Nazajutrz po porannej wizycie w sierocińcu Akany Avoko, o dziewiątej mamy pomagać w najmłodszych grupach: przedszkolaków – trzylatków i w zerówce – czterolatków(!), które właśnie zaczynają swoją karierę w szkole. Znajduję je na placu zabaw. Nie ma jeszcze dziewczyn, więc siadam nieopodal na murku i obserwuję. Upał. Około dwustu dzieciaków, cztery wychowawczynie. Jedna kręci prostą karuzelą, druga czuwa przy zjeżdżalni, przed którą czeka na swoją kolej długi ogonek chętnych. Inne dzieciaki siedzą bez ruchu na ławeczkach pod wiatą. Niektóre z nich popłakują. Kilkoro bardziej przedsiębiorczych usiłuje zwiać. Zostają jednak przyłapane przez ochroniarza i doprowadzone z powrotem na plac zabaw. Kilkakrotnie przechodzą obok mnie dzieciaki ze szkoły zmieniając salę. Idą rządkiem w jednakowych fartuszkach (dziewczynki) lub bluzkach ( chłopcy), jedno za drugim z rączkami założonymi karnie z tyłu na plecach. Przypominają mi się moje lata szkolne. Też nosiliśmy takie fartuszki, na przerwach chodziliśmy w parach w kółko po korytarzu i w czasie lekcji, kiedy nie pisaliśmy, ręce mieliśmy założone z tyłu. Tylko że to było ponad pięćdziesiąt lat temu.

Nadchodzą dziewczyny. Irmina przyniosła kolorową płachtę, trochę różnych puzzli i książeczek z obrazkami. Próbuję uspokoić te płaczące dzieciaki, z różnym skutkiem. Przez jakiś czas zabawiamy dzieci, które do nas podchodzą. O dziesiątej maluchy zostają ustawione w rządek, zakładają łapki na plecach i maszerują do dwóch sal na następne zajęcia. Teraz następuje podział : dziewczynki do prawej sali, chłopcy do lewej. U dziewczynek rej wodzi Irmina, kierujemy się więc z Moniką do klasy chłopców. No tak, musieliby to zobaczyć polscy rodzice protestujący przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół. Trzy i czterolatki, czwórkami wciśnięte są w wąskie ławeczki ustawione w czterech rzędach. O tym, żeby usiąść w kręgu nie ma mowy. Teraz już połowa popłakuje. Co tu można z nimi zrobić?

Ster przejmuje najstarsza wychowawczyni z dużą maskotką osiołka. Jest cudowna. Opowiada jakąś historyjkę. Po chwili dzieciaki razem z osiołkiem śmieją się, smucą, spoglądają to w prawo, to w lewo, przeżywają przygody. Potem pani zachęca mnie gestem, żebym spróbowała. Nie jestem przygotowana, ale stawiam na improwizację. Wydaję po angielsku polecenia i jednocześnie je wykonuję: Stand up! Sit down! Jump! Clap Your Hands! Quiet! Prawie wszyscy chłopcy, bo dwóch, trzech jeszcze popłakuje, razem ze mną wstają, siadają, poskakują, klaszczą, przykładają palce do buzi – Ciiiiii… Potem wydaję tylko polecenia, a oni na ogół reagują poprawnie, szczególnie na hasło Jump! Pokazuję w książeczce kilka zwierzątek, wymieniam ich nazwę, a potem naśladuję ich ruch i wydawane przez nie dźwięki. I znowu wszyscy miauczą, ryczą, szczekają, ćwierkają. Pierwszy sukces! Po piętnastu minutach kiwam ręką  bye, bye. Odwzajemniają pożegnanie i wydają się rozczarowani, że to już. Ale wiem, że dla takich maluchów to maksymalny czas koncentracji. Postanowiam przygotować się dobrze na następne zajęcia.

No i przygotowałam się. Małpka – pacynka, karty obrazkowe, piosenka Say hello. Starannie przemyślane 15 minut zajęć. O dziesiątej melduję się przed salami maluchów. A tam horror…

Tego dnia było uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego w kościele i dzieciaki poszły tam z rodzicami. Teraz następuje odrywanie maluchów od rodziców i wpychanie do sal, już bez segregacji według płci. Ryk powszechny. Irmina woła nas na pomoc. Razem z wychowawczyniami próbujemy upchnąć dzieciaki w ławkach. Ryczy już przynajmniej połowa. Irmina zaczyna śpiewać z pokazywaniem ruchu piosenkę If you’re happy.… Dołączamy z Kasią. Przy powtórce odpadam. Zwraca na nas uwagę najwyżej kilkoro dzieci. Połowa nadal płacze. Żeby przekrzyczeć płacz, Irmina prawie wykrzykuje słowa piosenki. Brzmi to trochę agresywnie. Dzieci nic nie rozumieją. Znacznej części ruchów, choćby chciały, nie mogą wykonać. Bo jak tu, będąc ściśniętym w ławce, wykonać obrót, czy dotknąć palcami podłogi. Irmina i Kasia muszą wyjść i każą mi próbować dalej.

Nie ma mowy. Czuję, że te dzieci po prostu się mnie boją. I nic dziwnego. Gdyby do polskich trzylatków, podczas drugiego dnia w przedszkolu, wpuścić cztery baby o innym kolorze skóry, wykrzykujące coś w obcym języku, reakcja byłaby dokładnie ta sama. Szybko decyduję, że nie zrobię tego ani sobie, ani dzieciom.

Proszę wychowawczynie, żeby przejęły pałeczkę. Otwierają szafę i w stojącym tam telewizorze pojawiją się „Pingwiny z Madagaskaru”. Ale większość dzieci i tak nie zwraca na nic uwagi. Wreszcie nadchodzi godzina jedenasta. Ustawiamy maluchy w rządku i wyprowadzamy na podwórko, gdzie odbierają je rodzice. Ufff! 

Dzielę się potem swoimi spostrzeżeniami z Kasią i mówię, że nie możemy tak pracować. Zajęcia muszą zaczynać nauczycielki, które mogą się z dziećmi porozumieć, a my możemy wkraczać dopiero, gdy dzieci są już uspokojone i mają poczucie bezpieczeństwa. Kasia zgadza się ze mną i dodaje, że tak jak nasze dzieci straszone są babą Jagą, czy dziadem, tak tutejsze maluchy, gdy są niegrzeczne, słyszą często groźbę: Przyjdzie biały (vazaha) i ciebie zabierze. No to wszystko jasne.

Następnego dnia jednak odczarowuję trzylatki! Już się mnie nie boją. Docieram do nich po porannej wizycie w sierocińcu. Mają teraz zajęcia w osobnym budynku, gdzie w jednej salce są normalne przedszkolne stoliki, a w drugiej, wprawdzie małej, ale wyposażonej w odtwarzacz i telewizor, można prowadzić jakieś zajęcia ruchowe. Nie wiem, dlaczego zafundowano im takie dwa traumatyczne dni.

Teraz przydaje się małpka, piosenka Say hello, karty obrazkowe ( pies, kot, wąż, ptaszek). Śpiewam, tańczę, miauczę, szczekam, syczę, fruwam i ćwierkam, a roześmiane dzieciaki ze mną. Uff! A już myślałam, że będę musiała oddać order uśmiechu. Niemieckie wolontariuszki patrzą na mnie jakoś dziwnie i pytają ile ja właściwie mam lat. Ale wydaje się, że mimo zdziwienia, że jestem w wieku ich babć, zaakceptowały mnie. 

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: